fot. www.ulicki.pl

Wielu DJów na całym świecie boryka się z problemem znalezienia klubu, w którym mógłby spełniać swoje ambicje. Problem miałem, w sumie mam nadal i ja – marzy mi się rezydentura w naprawdę dużym klubie w swoim rodzinnym mieście, gdzie mógłbym przyczynić się do ogromnego rozwoju lokalu pod kątem rozrywkowego “nightlife’u”, prowadząc tak gorące imprezy, jak tylko pozwala metraż. Niejednokrotnie grywałem w kilku białostockich klubach przez nawet dłuższy okres, ale… zawsze było jakieś ‘ale’. No i nie były to duże kluby, bo niestety w Białymstoku dużych klubów nie ma. Kiedyś posiadaliśmy gigantyczną dyskotekę, ale zamknęła się szybciej niż się pojawiła. Przyczyn nawet nie badam, uznaję, że to ich indywidualna sprawa.

Można by się rozwodzić na dziesiątki stron, jaki to potencjał jest w Polsce i jak super imprezy można organizować – w końcu imprezy pokroju Sunrise Festival, We Love Swedish House (obecnie We Are The Future), Electrocity, Audioriver, czy chociażby Up To Date Festival zrzesza ogromną kupę ludzi wielbiących klubowe brzmienia… Dlaczego zatem postawienie dużego klubu jest potencjalnie nieopłacalne? To pytanie już zostawię Waszej refleksji.

Tym samym od lat trzech miałem mega przyjemność poznać bardzo zgraną ekipę. Ekipę, do której zwyczajnie się odezwałem, że chciałbym ich wesprzeć pod kątem muzycznym i przyczynić się do zrobienia fajnej imprezy w Białymstoku. Ekipę, która nie miała “nosów w górze” i zwyczajnie do mnie odpisała. Zwyczajnie się dogadaliśmy i zwyczajnie zrobiliśmy fajne wydarzenie, które w Białymstoku (i nie tylko) zapamiętano na długo i tak mocno, że przez te trzy lata, jak już współpracujemy, zdążyliśmy spotkać kilka dobrych naśladowców. No, wspomniałem o trzyletniej już współpracy – jakby nie patrzeć, przybyłem, zrobiliśmy kawał dobrej roboty, więc czemu by tego nie powtórzyć? W 2016 roku imprezy w Białymstoku już nie było, była za to w wielu innych miastach Polski. Mi się akurat trafił Poznań oraz Katowice. Wyjazdy świetne, dopięte na ostatni guzik, bez najmniejszych problemów. I tak z miłym akcentem dostałem propozycję trasy podczas Festiwalu Kolorów, bo tak ów impreza się zwie, w całej Polsce w 2017 roku.

Przystanek 1. Lublin

Właściwie to miasto widziałem dwa razy. Przejazdem w obie strony, z delikatnym postojem – w 2013 jechaliśmy z 3rd Prototype do klubu Moderna w Dębicy. Wspomnienia z Lublina? Śmieszne, dwie koszulki zniszczone. Jedna w trasie, przypalona papierosem (nie pytajcie, jak to się stało, haha), druga uświniona żarciem, że nie dało się wyprać. Wesołe życie DJa, co zrobisz… 🙂

Przyjeżdżając do Lublina, udało mi się dorwać mojego serdecznego przyjaciela – Huberta. Hubert to mój były sąsiad, który na studia wyjechał do Lublina. Z tego względu, okolice znał już jak własną kieszeń, więc został moim przewodnikiem. Zajechałem do hostelu, którego nazwy z przyczyn oczywistych podać nie mogę i… zastałem istną tragedię. Pal go sześć fakt, że kwatera jest mała, nie oczekiwałem wielkich wygód, ale zwyczajnego porządku. Zwyczajny porządek w moim mniemaniu to czysta pościel, brak kotów z kurzu, brak przesadnej rdzy czy kamienia oraz całkowity pleśni i innych brudów. No trudno, nie poszczęściło mi się, strona pokazywała zupełnie co innego (właściwie zdjęcia sprzed kilku lat). Gdyby nie fakt, że zapłaciłem wcześniej – po prostu zabrałbym się z bagażem i poszedł do schludniejszej konkurencji. Nic no, na szczęście nie musiałem tam spędzać większej ilości czasu, więc po szybkim ogarze prędko się ulotniłem. Zgarnąłem Huberta, który oprowadził mnie po starówce, udało mi się zgarnąć także Liam‘a – szybki obiad i dzida na Festiwal.

Wszystko dopięte elegancko – to lubię. Impreza zdecydowanie udana, tłumy przed sceną, mega fajny klimat, do tego spotkanie z fanami. Miłe uczucie, gdy ktoś woła Cię zza barierek i prosi Cię o zdjęcie i chwilę czasu na rozmowę. Tym samym ruszyliśmy dalej, resztę wieczoru spędzając z Hubertem w jednej z knajp, w której totalnie spontanicznie poznaliśmy małżeństwo, z którymi świetnie nam się gawędziło. Lublin zapamiętałem mimo wszystko jako fajne miasto, gdzie dużo się dzieje.

 

 

Przystanek 2. Warszawa

Koordynatorka Festiwalu zdecydowała się zabrać mnie swoim autem bezpośrednio do Warszawy, gdzie mogłem spokojnie odespać – w hostelu w Lublinie ledwo zmrużyłem oko (wcale nie dlatego, że wolałem większość czasu spędzić w lublińskim barze). Była okazja trochę odsapnąć od imprezowego zamieszania imprez i porozmawiać, poznać się jak ludzie, co sobie bardzo cenię przy “interesach”. Ludzkie podejście – to jest to. Bez względu na to, jak wysoką pozycję w karierze zajmujemy, a także jak wiele posiadamy, wszyscy jesteśmy ludźmi i powinniśmy być dla siebie ludzcy w każdej sferze życia. Z racji faktu, iż przyjechaliśmy wiele godzin przed rozpoczęciem imprezy w na Stadionie Syrenki, miałem kupę czasu dla siebie, co wykorzystałem na spacery, zebranie myśli, odpoczynek w plenerze, czy chociażby poszukiwanie lunchu. Jeden z fast-food’ów miał w ofercie coś na rodzaj “Dnia Burgera”, co skutkowało podwojeniem zamówienia za cenę jednego (nie wiedziałem o tym). Tym samym przygarnąłem dwa zestawy… A że nie jem za dwóch (choć patrząc na mnie obecnie można stwierdzić różne rzeczy :D), zdecydowałem się oddać jeden zestaw minionemu wcześniej bezdomnemu, z którym miałem możliwość pogawędzić z dobre dwadzieścia minut. Nie, nie waliło od niego wódą, nie zaczepiał mnie wcześniej, jak to ma do siebie większość przydworcowych cwaniaków. Siedział wcześniej przy krawężniku z papierowym kubkiem i kartonową kartką z napisem proszącym o jedzenie. Kiedy mu je dałem, spojrzał mi głęboko w oczy. Wiecie, o co chodzi – to uczucie, gdy ktoś na Ciebie patrzy, łzy już prawie napływają do policzków i chce się wyrazić tysiące emocji, ale nie trzeba żadnych słów. Opowiedział mi o swojej upadłej firmie, bankructwie, chorobie serca i rodzinie, która go porzuciła oraz innych trudnościach związanych z codziennym życiem. Daleko mu było, mówiąc wprost, do zapijaczonego menela. Rozmowa była miła, wręcz wyrafinowana, ale pełna emocji, co w pełni rozumiem. Samotność uwarunkowana porzuceniem, a także bezradność to jedne z gorszych doświadczeń, jakie może doświadczyć człowiek, ale także zdecydowanie umacnia – dlatego mam głęboką nadzieję, że jeszcze się spotkamy, panie Grzegorzu.

Ruszając dalej, pożytkując czas na różne sposoby, przed swoim występem zdążyłem jeszcze spotkać Tensile, warszawskiego DJa i jednocześnie wieloletniego znajomego, z którym widujemy się zdecydowanie za rzadko. Impreza przebiegła również pomyślnie, co dało mi także nowe doświadczenie w… robieniu show. Ale o tym w przedostatnim przystanku. 🙂

Przystanek 3. Wrocław

 

W końcu udało mi się wyruszyć do tego miasta, które słynęło z niesamowicie imprezowego klimatu, klubowych dzielnic oraz wiecznie żywej nocy… i wiecie co? Nie kłamią. Za mojego przewodnika posłużył mi DJ Nano, stary znajomy z branży, którego udało mi się w końcu zobaczyć na żywo. Dobry człowiek, gdybyście szukali rozrywki lub dobrego jedzenia, ten człowiek na pewno Was zaprowadzi w świetne miejsce 🙂 Osobiście doświadczyłem oświecenia w wyjątkowym smaku burgerów! Zwiedzanie zwiedzaniem, festiwal okazał się być jeszcze mocniejszy niż w pozostałych miastach… a występ jeszcze bardziej efektowny. Ekipa koordynująca była bardzo zadowolona, a na moim SnapChat dostałem mnóstwo fajnych opinii, które sobie wziąłem bardzo do serducha.

Dodajmy się na Snapchat: UncleVero

Starówka – piękna, pełna życia, ludzi, ulicznych atrakcji, od pamiątek, po najdziwniejsze potrawy. Miasto tętni życiem głównie dzięki ludziom, którzy ów życie napędzają – miło w takich miastach zobaczyć tancerzy, magików, ogniowych sztukmistrzów oraz innych artystów, którzy mają pomysł na siebie poza etatem… nie, żebym coś do etatu miał, po prostu inspiruje mnie posiadanie pomysłu na siebie. 😀 Tak się fajnie złożyło, że trafiliśmy także na Jarmark Świętojański, stąd taka moc wrażeń. Zwiedziliśmy także ogród japoński, wybraliśmy się w rejs po Odrze, także było co robić. 🙂

Żeby przyjemności nie było za mało, Nano zaprosił mnie także na afterparty do bardzo popularnego klubu Domówka, w którym rezyduje. Świetny lokal z mega przyjemnym klimatem, iście domowym wystrojem z dodatkami wyrafinowanej, ale wciąż luźnej infrastruktury. Byłem bardzo zadowolony z zaproszenia, imprezy oraz ludzi, których tam poznałem. Tym samym bardzo dziękuję i mam głęboką nadzieję, że zobaczymy się wkrótce!

Przystanek 4. Białystok

Nareszcie! Moje rodzinne miasto doczekało się dużej imprezy! I to organizowanej na kampusie studenckim, który miał zakończyć się letnim kinem. Bardzo podobają mi się wszelkie przedsięwzięcia oraz aktywności, które skłaniają ludzi do wychodzenia z domu. Niestety, pomimo iż bardzo spodobał mi się pomysł, na którym byłem w sumie około roku temu, nie miałem możliwości zostać na ów kino, ponieważ zaraz po Festiwalu szykowało się kolejne afterparty. Razem z Clarx, którego poznałem na Festiwalu w Warszawie, DJ Adeq, rezydentem klubu Gołębiewski w Białymstoku oraz VooDoo, z którym miałem okazję działać w Olsztynie w klubie Sznaps, ruszyliśmy na wydarzenie. Poznałem tam także fajne osoby i pomimo faktu, iż frekwencja była bardzo przeciętna, udało nam się zrobić naprawdę fajne wydarzenie.

Taki oto filmik podesłał nam jeden z uczestników!Pozdro DrTusz, B-LENS, Lipton Ice Tea, Cybersowa i Parlament Studencki UwB!

Opublikowany przez Festiwal Kolorów Sobota, 24 czerwca 2017

Tak, jak wspomniałem, udało nam się zorganizować także afterparty w klubie M7, bardziej kameralne, za co bardzo dziękujemy ekipie klubu. Bardzo lubię to miejsce ze względu na wystrój, rozbudowaną konsolę, mini scenę oraz potencjał, który można wykorzystać. Mam także nadzieję, że będę tam częstszym bywalcem, niekoniecznie jako imprezowicz. Nie ukrywam, że fajnie by było zobaczyć Was w tym klubie podczas kolejnych imprez!

Przystanek 5. Gdańsk

Gdańsk jest jednym z ulubionych miast, do którego kocham wracać. To powietrze, starówka, niepowtarzalna atmosfera dająca mi multum inspiracji. Uwielbiam spacery po tym mieście, zwłaszcza obok Motławy. Tak się złożyło, że FK postanowiło mnie zabookować także w tym wspaniałym miejscu podczas Festiwalu Nocy Świętojańskiej z największą dotąd sceną, gdzie głównym headliner’em było Lady Pank. 🙂 W ten oto sposób miałem kolejny wspaniały wyjazd, który okazał się zwycięski, bowiem pobiliśmy rekord frekwencji – przez Festiwal przewinęło się ponad 30 tysięcy osób.

W ten oto sposób zyskałem szansę na zorganizowanie prawdopodobnie pierwszego w historii Gdańska trzęsienia ziemi (niestety, nie posiadam własnego nagrania, materiał z Trójmiejskiej telewizji znajdziesz w zakładce Multimedia :))

Można by rzec, że po Festiwalu zrobiłem sobie małe wakacje… przyjemne z pożytecznym, czyli spędziłem świetny weekend w Gdańsku i Sopocie wraz z moją dziewczyną, cudowną partnerką i wspaniałym fotografem zarazem – Sylwią (Dodaj do obserwowanych jej foto profil na Instagram). Była świetna okazja zobaczyć muzeum II wojny światowej, a także muzeum figur woskowych w Sopocie.

Przystanek 6. Rzeszów

Droga do Rzeszowa pomimo odległości (ponad 8h pociągiem) minęła mi szybko, wręcz ekspresowo. Zameldowany w apartamencie, następnego dnia miałem mieć występ w Rzeszowie, dokładniej na Bulwarach nad Wisłokiem. Tym samym było mnóstwo czasu, by pozwiedzać – z racji faktu, iż Sylwia jest świetnym ogarniaczem, znalazła mnóstwo ciekawych miejsc, które warto było odwiedzić, m.in. multimedialna fontanna, świecąca w określonych kombinacjach na różne kolory. Małe, proste, a jak cieszy. 🙂

Najzabawniejsza rzecz w Rzeszowie? Konkurencja! Będąc na dworcu, można zobaczyć mnóstwo różnych budek, a niektóre z nich wyjątkowo przykuwają uwagę. Chociażby takie dwie stojące obok siebie, jedna z napisem “Najlepsze zapiekanki w mieście!”, a druga podpisana “A nasze zapiekanki nie potrzebują reklamy :)” – no nie powiem, uśmialiśmy się. Z lokali gastronomicznych miałem okazję poznać także Lord Jack, który swoim wystrojem powalił – wszystko, dosłownie wszystko na wzór niepowtarzalnego Jack Daniels. Uwierzcie, robi wrażenie. Co do jedzenia, także muszę polecić.

(reklama nieodpłatna, ale jak zacznę robić kilkunastotysięczne zasięgi to pomyślę o tym :D)

Rzeszów także okazał się fajnym miastem pod kątem muzycznym, udało się także zorganizować trzęsienie ziemi, które powinno zapaść w pamięci wszystkim uczestnikom imprezy, tym młodszym i tym starszym, bo każdy -jak zresztą w każdym mieście – skakał, bez wyjątku 🙂

Podsumowując, pobyt w Rzeszowie (a także Krakowie, który udało mi się zahaczyć) zaliczam do mega udanych!

Przystanek 7. Częstochowa

Już 27 sierpnia widzimy się w Częstochowie, dlatego pragnę Was serdecznie zaprosić. 🙂 Po tej dacie postaram się edytować ten wpis i wrzucić trochę ciekawych informacji z tejże wycieczki.


Poza świetną pamiątką, którą będzie dla mnie ten post, pragnę serdecznie podziękować Iwonie oraz całej ekipie Festiwalu Kolorów za świetną organizację, kawał dobrej roboty i moc pozytywnych wrażeń, które możemy wszyscy doświadczać dzięki tej trasie. 🙂