Wstęp. Cześć, czołem.

Amsterdam, który poprawia widzenie, 2019, fot. George Luka

Poznaj kompanów tejże przygody.
Igor – młody gość z Opatowa. Dużo skacze, niektórzy mogą twierdzić, że „pajacuje”, ale uwielbiam jego feeling za konsolą. Mam identyczny. Gra ciekawie, będąc jedną z nielicznych osób w branży, podczas której występów mam ochotę włączyć aplikację wyszukującą utwory. Tak się lubimy z Igorkiem, że podobno zjadłby dla mnie nawet gówno. Kiedyś to sprawdzimy.

Mati – jeszcze młodszy, z Katowic, lecz żyje w Kołobrzegu. Jeszcze rozniesie polską scenę EDM, głęboko w niego wierzę. W serduszku ma house, ale w głowie ma dobry humor i cięty żart. Jeszcze bardziej memiczny od Igora przed kamerą (instagram filters), aczkolwiek wstydzi się zdjąć okulary po śmiesznych papierosach.

Greg – gospodarz całego zamieszania, świetny producent z artystycznie poukładanymi szufladkami w mózgu. Czytaj: typ zakręcony jak ręcznik Arandiego, ale w gruncie rzeczy dobry z niego człowiek. Pomocny, uczynny. Je tylko kurczaka. Pomidorów nie lubi tak samo jak ja. Uwielbia zwiedzanie opuszczonych miejsc, a dziewczyny i gimbale przy nim wariują. Częściej jednak gimbale.

George – w moich oczach najświeższy kumpel wycieczki, grywa z Gregiem, chłopaki będąc dobrymi kumplami dużo się nauczyli od siebie. Fotografuje wszystko, co się da, poza mną, a jego fotki znajdziecie między innymi w tym poście. Prywatnie bardzo rzetelny, dobry mąż, z którym można stać w szeregu nawet pomimo słabej znajomości. Tak myślę.

Eindhoven, Holandia.

Spotykamy się na lotnisku w Warszawie. Jestem pierwszy, takie zrządzenie autobusów na trasie Białystok-Warszawa. Nie wiem, co mam ze sobą zrobić. Jem kanapkę, piję energetyka, spacer, papieros, powtórz do czasu skończenia kanapek (Sylwia, jesteś aniołem – nie tylko dlatego, że pakujesz mi kanapki na trasę). Przyjeżdżają Igor i Mati, pakujemy się na strefę, wszystko punktualnie. Dolatujemy na miejsce i przestaje być punktualnie., ponieważ Greg przykacował. Odebrał nas zatem z godzinnym opóźnieniem. Nie przeszkadza mi to, w Indiach Beanzie po imprezie powitalnej, umówiony na 16:00, przyjechał po mnie po 21. Tak się kończy picie ze mną.

Antwerpia, Belgia.

Jedziemy do Belgii, mamy mnóstwo czasu, by poznać się z Gregiem, którego widziałem pierwszy raz na oczy. Będziemy u niego kimać dwie noce. Na jednej kanapie. Z kolegami we trójkę. Jak ktoś jest stuprocentowym hetero to się tego nie boi. Spaliśmy wszerz kanapy. Nikt się nawet nie stykał, taka była duża (kanapa)! A tak serio to mieliśmy naprawdę dobre warunki domowe.

Plan: kupa, prysznic, drink, przekąska, jedziemy zwiedzać. Dodam też, że belgijskie pity są naprawdę spoko!

Verossi po raz pierwszy bawi się gimbalem, 2019, koloryzowane, fot. George Luka

Doel, Belgia.

Opuszczone budynki. Elektrownia atomowa. Miasto-widmo, ale taki post-apokaliptyczny klimat. Mówi Wam to coś, sąsiedzie? Lokalni mieszkańcy musieli opuścić swoje domy, lecz nie tak, jak w Prypeci, a na skutek rozbudowy pobliskiego portu. Ciekawostką jest to, że Doel jako nieliczne miasto/wieś w Belgii, ma ulice skrzyżowane jedynie prostopadle (edit: z tego zatem powodu Greg nagrał nawet materiał o tym: I CYK WIDEŁKO)

2019, koloryzowane, fot. oczywko George Luka

– A co, jeżeli pewnego dnia będę musiał odejść? – spytał filozoficznie Verossi;
– Ktoś inny będzie pisał moduły edukacyjne, tylko że nie edukacyjne
– odpowiedział spokojnie Exation.

Zabawa: w komentarzu wstaw powyższe zdjęcie z dorysowanymi dymkami, które moglibyśmy powiedzieć podczas tej scenki. Najfajniejszy komentarz zgarnia pocztówkę z Holandii.


2019, koloryzowane, fot. oczywko George Luka

Amsterdam, Holandia.

It’s party time! Pierwszy kierunek – wiesz, gdzie, po co. Drugi kierunek – pizza. Zwiedzaliśmy chyba z kilka godzin, pierwsze pół spędzając jednak na parkowaniu, zatem po znalezieniu wolnego miejsca parkingowego, udaliśmy się na wcześniej wspomniane zwiedzanko.

Autem zaparkować ciężko tak, jak znaleźć swój rower – fot. George Luka

Tak całkiem serio – miasto pełne ludzi, różnych kultur, otwartości na w sumie wszystko, jednocześnie nikt się nie kłóci, nie wyzywa i nie tłucze – aż dziw bierze. Miasto w dużej mierze otworzyło mi oczy, nie ze względu na stereotypową, legalną trawę, gumowe kaczuszki, czy dzielnicę Czerwonych Latarni. Podobnie, jak większość krajów, które zwiedzałem (Polska, Niemcy, Francja, Hiszpania, Czechy, Chorwacja, Szwajcaria, Rosja, Indie), także Holandia była takim impulsem mówiącym mi – jesteś maleńki w tym świecie, ale jesteś sobą. I byłem także sobą z ludźmi, z którymi spędzałem czas właśnie tam.

Pewnie znasz to uczucie – ciężko być sobą, gdy wokoło każdy chce być kimś, udając kogoś. Pośladki za lajki, wygięte pozy lasek (którym zresztą trochę daleko do prawdziwych modelek) na jachtach należących do starszych facetów z brzuchami, którym akurat nie zależy na szpanie. Sztuczne znajomości w równie plastikowym świecie. Udawanie dobrej zabawy dla wyświetleń na Instagramie, a w gruncie rzeczy mało o czym można faktycznie porozmawiać (a ty mordo pakujesz troche hehe). Pisanie o dobroczynności dla atencji i poklasku podczas, gdy się nawet nigdy nie odwiedziło Domu Dziecka czy schroniska dla zwierząt. Jakkolwiek, ciężko być sobą…

Morał?

Maj był takim miesiącem, gdzie po tym wyjeździe totalnie przestałem przeskakiwać jezior dla osób, które nie przeskoczyłyby dla mnie nawet kałuży. Bo trafiam na ludzi, z którymi faktycznie można więcej. Chce się więcej. Mówi się, że nie ma gorszej rzeczy niż samotność – owszem, jest. To jest życie wśród ludzi, którzy sprawiają, że czujesz się samotny. Nigdy więcej takich towarzystw. Dlatego właśnie dystansuję się na wiele osób, przeważnie nie traktując ich źle, lecz ze wzajemnością.

Inna sprawa, że częstotliwość moich wyjazdów daje we znaki także osobom, których mi strasznie brakuje. Z którymi się dawno nie widziałem. Których bardzo cenię w swoim życiu. Chcę, żebyście wiedzieli, że nie zaliczacie się do tych złych, po prostu najpierw ogarniam swoje życie, potem nadrabiam spotkania i przyjemności. Szykujcie opowieści, bo nie chcę słyszeć „a nic” na moje pytania, co u Was.

Amsterdam otworzył mi oczy w dwa dni.

Niektórzy najsamotniej czują się, będąc w tłumie. Nie daj się zgnieść tym osobom, stwórz swoje środowisko ludzi pełnych miłości i dobrej energii. 

Den Haag, Holandia.

Mati aka Mat.B cieszy się życiem, 2019, fot. George Luka

– Nagrajmy fajne filmy! – rzekł Greg, którego gimbal kręcił się jak dyskotekowa kula. Nie wiemy, dlaczego.
Zróbmy fajne fotki! – dodał Igor, który wraz ze swoim kurczakiem Andrzejem, jest zawsze gotowy do szczwanych sesji,
Jestem głodny – dodałem, będąc w stanie gastrofazy. To na pewno nie dlatego, że jestem gruby.

Jak powiedzieli, tak zrobili. Mamy jeszcze trochę czasu przed występem w klubie, więc ruszamy na zwiedzanie, fotki oraz jedzenie. Plan wypala, każdy zadowolony, a impreza jak to impreza – udana. Chłopaki zrobili dobrą robotę. Jestem pewien, że jeszcze się tu pojawimy. Kilka godzin później wracamy do Grega, który pakuje nasze bagaże i ruszamy do Eindhoven, a następnie do Warszawy. Będzie mi brakować tego miejsca, chociaż w związku z powyższymi przemyśleniami oraz świetnie spędzonym czasie z ludźmi jestem przekonany, że jeszcze tu wrócę.

 

edit: A nie mówiłem? 16 października wracam do Holandii, gdzie jako członek Amsterdam Dance Event pokażę trochę kocich ruchów.